Dawid Wiktorski – Rocznik ’94, urodzony i mieszkający w Krakowie. Na co dzień zgłębiający tajniki inżynierii materiałowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, od lat zawodowo związany z literaturą. Twórca nieistniejącego już bloga Zaginiony Almanach, wieloletni współpracownik portali zajmujących się fantastyką, między innymi Fantasty czy Gildii. Twórca Szortalowego Zagraniczniaka, później także redaktor prowadzący działu publicystycznego w Szortalu. Pomysłodawca i redaktor antologii Geniusze Fantastyki, obecnie redaktor prowadzący projektu Fantazmaty.

Prywatnie miłośnik dobrej herbaty, dobrego piwa, gier komputerowych oraz ostrych brzmień.

Piotr Jakubowski: Fantazmaty to jedna z ciekawszych tegorocznych pozycji na polskim rynku wydawniczym. Nie dość, że w projekcie wzięło udział wielu znakomitych twórców, to sama antologia jest bezpłatna. Jak udało ci się zebrać chętnych autorów i stworzyć Fantazmaty?

Dawid Wiktorski: Same Fantazmaty pierwotnie były raczej jednorazowym zrywem, pomysłem na zasadzie „zróbmy coś fajnego, może wypali”. Miałem już pewne doświadczenie związane z wydawnictwem, z którym współpracowałem kilka lat temu, podobnie jak z tworzeniem darmowej antologii, więc wiedziałem, że na pewno znajdą się osoby, które zechcą w czymś takim uczestniczyć. W pierwszej kolejności zaproszenia zostały oczywiście wysłane do osób, z którymi już współpracowałem przy pierwszym projekcie, czyli „Geniuszach fantastyki”. Większość autorów wyraziła chęć napisania opowiadań do nowego projektu. Pierwotny skład ekipy (bardzo nielicznej, bo liczącej, wraz ze mną, chyba osiem osób) wyłonił się z grona moich bliższych lub dalszych znajomych. Wraz z upływem czasu i rozrastaniem się Fantazmatów uznaliśmy, że szkoda zabierać manatki po jednej antologii.

P.J.: Teraz w planach jest już druga część Fantazmatów, ale to nie jedyne, co szykujecie dla czytelników. Co jeszcze przygotowujecie?

D.W.: Druga część „Fantazmatów” powstała niejako przez przypadek, bo otrzymaliśmy tyle dobrych tekstów, że nie chcieliśmy rezygnować z wydania żadnego z nich, a jednocześnie miałem w pamięci głosy, które pojawiły się w przypadku „Geniuszy fantastyki” – co za dużo, to niezdrowo. Wspomniana wyżej antologia liczyła sobie około 2,4 miliona znaków, to jakieś sześć, może siedem bardziej „standardowych” książek. No i chcieliśmy też dopracować pozostałe teksty, stąd podział.

Początkowo obawiałem się, że wcale nie będzie łatwo o ciekawe, warte wydania opowiadania, ale okazało się, że wręcz jest ich za dużo. I dzięki temu odświeżamy opowiadania z forum Nowej Fantastyki, które zostały wyłonione kilka lat temu w konkursie, a które dotyczą smoków w najróżniejszej postaci („Dragoneza”), zaprosiłem Marcina Rusnaka do wskrzeszenia jego zbiorku opowiadań wydanego pierwszy raz w 2013 roku („Opowieści niesamowite”, zredagowaliśmy te teksty na nowo, poddaliśmy kolejnej korekcie i dorzuciliśmy jeden, premierowy tekst). Dalsze plany sięgają już przyszłego roku. Pracujemy nad kolejną dużą antologią, czyli „Umieranie to parszywa robota”, kolejną antologią powstałą we współpracy z członkami forum NF. W planach są dwa zbiorki pojedynczych autorów oraz moje opracowanie dotyczące najważniejszych kwestii związanych z rynkiem wydawniczym (nie, nie będzie to beletrystyka, raczej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset stron wyjaśnień i analiz pewnych mechanizmów, o których debiutanci lub osoby nie będące w temacie mogą nie wiedzieć). Nasz najnowszy projekt, czyli apokaliptyczne „Pomieścia” zostały już zaplanowane na początek roku 2020, więc plany mamy dość dalekosiężne. Nie mam zielonego pojęcia, jakie kolejne pozycje pojawią się w naszym planie wydawniczym, ale wierzę, że na pewno jeszcze nie raz przedstawimy coś naprawdę wartego uwagi.

P.J.: Dużo pracy przed wami, jednak praca w połączeniu z pasją daje ci z pewnością dużo satysfakcji. Skąd wzięła się więc twoja pasja do fantastyki?

D.W.: W pewnym sensie to była naturalna konsekwencja zawartości ojcowskiej biblioteczki. Dość szybko dobrałem się do tego, co mogłem znaleźć na regałach. Dwiema pierwszymi książkami fantasy, które przeczytałem, i w ogóle rzeczami poważniejszymi niż książeczki dla dzieci, były „Jednym zaklęciem” oraz „Katarem i magią”. Później przyszedł etap wertowania pokaźnej liczby horrorów z tak zwanej „czarnej serii” Phantom Pressu. Dziś pewnie bym tego kijem nie tknął, ale wtedy miałem jakieś pięć albo sześć lat, to i wielkie, zmutowane kraby czy inne tego typu atrakcje wzbudzały zainteresowanie. Później już podążyłem w tym kierunku, przez lata czytałem dziesiątki, niekiedy nawet setki powieści czy opowiadań z gatunku fantastyki w skali roku.

P.J.: A gdybyś miał polecić innym swoje ulubione dzieła fantastyczne, to co by to było i dlaczego?

D.W.: Najbardziej nielubiane przeze mnie pytanie. 🙂 Tak naprawdę nigdy nie stworzyłem prywatnej klasyfikacji najlepszych utworów, raczej dzielę je na takie, o których istnieniu zapmniałem (co oznacza, że były średnie lub po prostu spełniły wyłącznie funkcję rozrywkową) i takie, o których pamiętam przez długie lata, czyli w jakiś sposób autor zdołał mi zaimponować lub poruszyć istotną kwestię. W drugiej kategorii na pewno mogę wspomnieć o „Bohaterach” Abercrombiego, wg mnie jednej z najlepszych wizji wojny w fantastyce; opowiadania Sheckleya, szczególnie te opublikowane w nowej edycji „Rakietowych szlaków”, większość twórczości Kuttnera, Wattsa, Zajdla, Clarke’a, Peake’a… Pewnie bym długo jeszcze mógł wymieniać, gdybym przyjrzał się swoim regałom. Raczej wychodzę z założenia, że warto doceniać utwory w swojej klasie, nie na przestrzeni bardzo różnorodnego gatunku. Na przykład do tej pory mam w pamięci świetne opowiadanie K. Kochańskiego: „Centuriańskie bomby” – cała otoczka związana z opisanym tam konfliktem między ludźmi a kosmitami zapadła mi w pamięć na tyle mocno, że nawet dziś, po dziesięciu latach od jego przeczytania, doskonale pamiętam treść.

P.J.: Co pozytywnego dała Ci fantastyka, lub co osiągnąłeś dzięki niej?

D.W.: Sporo interesujących znajomości, bezpośrednią możliwość rozwijania się w tym kierunku, który lubię (jestem redaktorem), także hobby, które pozwala mi przekuwać wolny czas i umiejętności na bardzo konkretne i wymierne rzeczy.

P.J.: Jak mógłbyś zachęcić innych do zapoznania się z fantastyką?

D.W.: Pewnie polecałbym zacząć od lektury opowiadań – w sieci jest ich bardzo dużo, ale oczywiście zalecam raczej sprawdzanie miejsc, w których następuje selekcja przed publikacją (bo platformy typu Wattpad albo blogi czy grupy służące publikacji własnej twórczości, przynajmniej w mojej ocenie, są bardzo kiepskim miejscem na szukanie czytelniczych inspiracji). Krótka forma ma ten plus, że jest „niezobowiazująca” – jeśli trafimy na coś, co nam nie będzie pasowało, stracimy najwyżej godzinę, dwie na lekturę, w przypadku książki byłoby to kilka lub kilkanaście godzin. Z drukowaną fantastyką jest w mojej ocenie dość duży problem. Łatwo trafić na tytuły „sprzedażowe”, które niespecjalnie cechują się jakością, przypominają raczej produkt sklejony na zamówienie, pod gust konkretnej grupy czytelników. Szczególnie mocno widzę to w przypadku tzw. Young Adult – tytuły z zagranicy, które ukazują się na naszym rynku, bardzo rzadko prezentują jakiś poziom, najczęściej to kolejne romansidło w fantastycznym sztafażu. Gdybym nie miał żadnego doświadczenia z fantastyką i trafił na coś takiego pierwszy, drugi czy trzeci raz, to raczej nie chciałbym kontynuować przygody z gatunkiem. A pamiętajmy, że nadal jesteśmy przez mainstream traktowani jako „mało poważna literatura”. Oczywiście to cały czas się zmienia, ale raczej powoli.

P.J.: Myślę, że dzięki antologiom takim jak Fantazmaty ludziom łatwiej będzie wejść do świata fantasy i SF. A co do Fantazmatów, jak oceniasz pracę z taką dużą grupą ludzi?

D.W.: Przede wszystkim jako wyzwanie, jeśli ktoś wcześniej nie miał do czynienia z zarządzaniem jakimkolwiek zespołem, to nagła potrzeba wdrażania pewnych rozwiązań i mechanizmów może być jak uderzenie w twarz, bo często jest to prowadzone po omacku. Pierwszy, oryginalny skład Fantazmatów był bardzo niewielki, a połowę ludzi stanowili ilustratorzy, dziś tylko pracą nad tekstami zajmuje się około pięćdziesięciu osób, a przecież do tego dochodzą jeszcze ilustratorzy, osoby od promocji, od copywritingu, od strony… I powiem szczerze, że radzą sobie wyśmienicie, naprawdę trudno było wymarzyć sobie lepszą grupę współpracowników.

Kategorie: Wywiad