(LandsbergOn 2(8)/2021)

Zagłada nie zaczęła się w czasie wojny. Nie przynieśli jej ani komuniści, ani inwazja kosmitów. Zagłada przyszła razem z wolnością…

***

Zapach słonecznego wrześniowego popołudnia i liście w tysiącu barw dawały złudne poczucie, że wszystko jest w porządku. Adam szedł przez park Siemiradzkiego, pogwizdując. Krokom wtórowało rytmiczne popiskiwanie kasety w walkmanie. Dobrze znana ścieżka prowadziła do punktu widokowego na szczycie Schodów Donikąd. Adam powiódł wzrokiem po tym, co niegdyś było jego ulubioną panoramą Gorzowa, i dreszcz przeszedł mu po plecach.

– Nieczęsto ktoś tu przychodzi. – Głos dobiegł spod akacji rosnących na zboczu obok platformy widokowej. Adamowi przyglądał się nieznajomy z książką na kolanach. Książka… Kto teraz czyta książki? Ale też kto słucha kaset?

– Zawsze lubiłem to miejsce.

– Nie ty jeden. Ale czasy się zmieniły.

– Co tu się właściwie stało? – Obaj powędrowali wzrokiem po ruinach miasta.

– Długo by opowiadać.

– Mam czas. Nie było mnie kilka lat, chętnie posłucham.

– W takim razie… – Nieznajomy odchrząknął i zaczął opowiadać. – Wszystko zaczęło się w 760. urodziny miasta, kiedy w czasie Dni Gorzowa na wieży katedry pojawił się ogień. Akcja gaśnicza trwała kilka dni. Gdy strażacy wreszcie odjechali i skończyły się relacje telewizyjne na żywo, ciągle wstrząśnięci Gorzowianie z zapałem zabrali się za usuwanie skutków katastrofy. Ale z czasem entuzjazm stygł, wydatki rosły, a zbiórki pieniędzy na remont z miesiąca na miesiąc przynosiły mniejsze kwoty. Po pięciu latach ruch na niebosiężnych rusztowaniach zanikł całkowicie, a średniowieczne cegły powoli same zaczęły układać wzór u podnóża budowli.

– Ale przecież w telewizji pokazywali katedrę po skończonym remoncie!

– Jeszcze wierzysz w to, co widzisz w mediach? Rozejrzyj się. Centrum Gorzowa to jedna wielka ruina.

– A przez most da się przejść?

– Nie. Mostu już nie ma. Ale jeśli chcesz, pomogę ci przedostać się na drugi brzeg. Mów mi Robert.

Robert zamknął książkę i wstał. Mężczyźni ruszyli w stronę zagrodzonego dziurawym płotem wejścia na Schody Donikąd. Choć samosiejki klonów coraz bardziej nadgryzały żelbet, schody – na przekór opiniom rzeczoznawców – ciągle stały.

Adam raz po raz z niedowierzaniem spoglądał na miasto.

– Gdzie się podział wieżowiec „Przemysłówki”?

– „Przemysłówka”, hmm, to też jest niezła historia. Widzisz, zapełnienie pustego biurowca instytucjami kultury miało ożywić centrum. Systemowo zaczęto zasiedlać kolejne piętra wieżowca. Jako pierwsza na parterze znalazła swoje miejsce bezdomna po pożarze katedra. Miało to być rozwiązanie tymczasowe, ale, jak to bywa, zostało na dobre. Niedługo potem na pierwszym piętrze pojawił się MOS z salami wystawienniczymi. Na drugie i trzecie piętro przywędrowało MCK ze swoimi dwoma scenami. Teatr Osterwy zajął piętro czwarte. Na wyższe kondygnacje sprowadzono MDK i wszystkie szkoły artystyczne. Poddasze zajął Jazz Club, przenosząc się „na wyżyny” z kultowej niegdyś piwnicy. Nawet dach wykorzystano na eksmitowany z parku amfiteatr. Jedyną instytucją, która ostała się na swoim miejscu, była Filharmonia. Niezbyt radzi ze zmian artyści nie mieli wyjścia i powoli zaczęli przywykać do nowej rzeczywistości. Wtedy ruszyły tramwaje. Historie pozornie bez związku. A jednak… – Robert ciągnął swoją opowieść. – Rewolucja tramwajowa trwać miała dwa lata. Po zdającym się nie mieć końca dziesięcioleciu oczekiwań pierwszy tramwaj z fasonem ruszył w pierwszy poremontowy kurs. Niestety nowe tory okazały się fuszerką. Rozpędzony wagon wyskoczył z trasy i trafił prosto w kulturalną „Przemysłówkę”. Konstrukcja została naruszona do tego stopnia, że budynek złożył się jak domek z kart. Nie było co ratować. W międzyczasie wykonawca torów zdążył ogłosił upadłość, ubezpieczyciele wymigali się od wypłaty, a miejskie fundusze przeznaczono na inne cele. Pozostała więc kolejna ruina w sercu miasta i unieruchomione tramwaje. Problem był także z dokończeniem masowo rozpoczętych remontów dróg. Przy boomie budowlanym ceny poszybowały niebotycznie w górę. Do tego, po rozkopaniu głównego skrzyżowania, spod wierzchniej warstwy asfaltu wyłoniła się historia. Archeolodzy byli wniebowzięci, ale inwestycje stanęły na dobre.

Robert przerwał opowieść, gdy doszli do Studni Czarownic. Wdrapał się na kamienną cembrowinę i wyciągnął rękę w kierunku głowicy jednej z trzech kolumn podtrzymujących daszek, z którego próbowała poderwać się do lotu niewielka postać na miotle. Pomiędzy kolumnami pojawiło się przejście, a ze ścian wysunęły się kamienne stopnie. Robert zaczął schodzić w dół. Adam niepewnie ruszył za nim. Gdy znaleźli się na samym dnie, Robert wcisnął jedną z cegieł. Stopnie ukryły się, a otworzyło się kolejne przejście. Jedne po drugich zapalały się rzędy świateł, ukazując oczom wędrowców tunel biegnący w kierunku rzeki.

Wchodź szybko, bo wejście zaraz się zamknie.

W podziemnym korytarzu podjęli przerwaną rozmowę.

– Robert, a co się stało z mieszkańcami? Po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy.

– Zostali przeniesieni w inne rejony miasta.

– I nikt nie protestował, że jednak ginie historyczne centrum?

– Były takie próby, ale sztab socjologów, specjalistów od wizerunku, mediów i wysokich technologii zrobił swoje. Ty też myślałeś, że katedra ma się dobrze. Stworzono prawie doskonałą hiperiluzję, bo okazało się to tańszym rozwiązaniem niż ciągłe remonty, utrzymywanie zieleni, konserwacja zabytków i rewitalizacja. Teraz domy mają wbudowane w okna hologramy. Wszystkie nowe drogi biegną w tunelach. Jadąc autem, nie widzisz ich ścian, tylko ruchome obrazki z zadbanego, pięknego, ale nieprawdziwego Gorzowa. A od spacerów po mieście ludzi skutecznie odzwyczajono, kusząc alternatywnymi atrakcjami we wnętrzach galerii handlowych.

Doszli do drewnianych, mocno odrapanych drzwi. Robert wyjął z kieszeni wielki, stary klucz z okrągłym uchem, który ze zgrzytem przekręcił w zamku. Wyszli prosto na fontannę. Adam znał ją dobrze. Dwóch cherubinków przepychało się na ozdobnej misie. Obejrzał się, ale zamiast willi Pauckscha zobaczył kupę gruzu, a w niej drzwi, przez które przed chwilą przeszli. Robert podchwycił jego spojrzenie.

– Tak, tu też sięgnęła zagłada. Po likwidacji Grodzkiego Domu Kultury budynek zaczął się sypać. Miasta nie stać było na generalny remont, a pomysły prywatnych inwestorów oprotestowywali mieszkańcy. Rezultat ciągłych kłótni i źle używanej wolności właśnie widzisz. Istna wieża Babel. No dobrze, tak jak obiecałem, doprowadziłem cię na Zawarcie. Tu się rozstaniemy. Tylko uważaj przy Dominancie.

– Ona nadal stoi?

– Nie dało się jej zburzyć. Mimo kolejno podejmowanych prób konstrukcji nawet nie zadraśnięto, a maszyny i narzędzia, z których korzystano, w niewyjaśniony sposób za każdym razem psuły się. Kiedy uruchomiono hiperiluzję, a centrum opustoszało, przy Dominancie pojawili się kosmici. Kula na jej szczycie otworzyła się jak skórka pomarańczy przy obieraniu. Zielonoskórzy przybysze urządzili tu sobie międzygalaktyczne centrum przekaźnikowe. – Robert podszedł do Adama i uścisnął mu rękę na pożegnanie. – Muszę już wracać. Powodzenia, cokolwiek masz tu do zrobienia.

Drzwi skrzypnęły i Adam został sam. Ponuro spoglądał na panoramę po przeciwnej stronie fosforyzującej Warty, pozbawioną najbardziej charakterystycznych elementów. Szczątki mostów leżały w wodzie, estakada rozsypała się, kamienice pogubiły resztki detali, a nad wszystkim sterczał smętny kikut resztek katedralnej wieży. Spichlerz stał na swoim miejscu i Adam ruszył w jego stronę. Nienadgryzione zębem czasu szachulcowe ściany na tle zrujnowanego miasta wyglądały nienaturalnie. Ogromne stalowe koło zamachowe stojące na podwórcu za budynkiem też wyglądało dokładnie tak, jak wtedy gdy był tu ostatnim razem. Rozejrzał się po bezludnej okolicy i usiadł na murku przy sfatygowanym stojaku na rowery w kształcie kasety magnetofonowej.

***

Anna dopijała resztkę kawy, szykując się do wyjścia. Za oknem promienie słońca bawiły się, odbijając zajączki od nowego, jeszcze niezaśniedziałego hełmu katedralnej wieży.

– Witaj, Anno, dokąd dzisiaj? – Automatyczny pilot jej wozu przywitał się grzecznie.

– Zawieź mnie do Spichlerza.

– Wokół Spichlerza trwają prace konserwatorskie, wjazd zabroniony – poinformował uprzejmie autopilot.

– W takim razie jedziemy do galerii handlowej tuż obok.

– Park Nova. Cel zatwierdzony. Wyznaczam trasę.

Wóz sam zajął się jazdą, więc pasażerka mogła ruszyć trasą własnych myśli. Lubiła przyglądać się odnowionym kamienicom z czasów Landsberga, ulicom wreszcie pozbawionym poszarpanych banerów i wielkich tablic reklamowych. Oczy cieszyła wypielęgnowana zieleń przyuliczna, zadbane skwery i parki, od niepamiętnych czasów będące chlubą miasta. Katedra z bliska prezentowała się doskonale.

Zaraz za Mostem Staromiejskim wóz skręcił w uliczkę miedzy Dominantą a Spichlerzem. Przechadzało się tędy całkiem sporo ludzi. Auto zaparkowało sprawnie na zatłoczonym parkingu. Anna weszła do pasażu handlowego, by od razu skierować się do wyjścia. Ale z galerii wyjść się nie dało. Przy każdych drzwiach trafiała na niewidzialną barierę, która nie pozwalała się do nich zbliżyć. Wreszcie wbrew surowym zakazom zdecydowała się wyjść z budynku bramą dla aut. Dziwne. Z ulicy nie można było nigdzie skręcić. Tak jakby droga znajdowała się… w tunelu? Coraz bardziej rozdrażniona Anna wróciła do centrum handlowego, myśląc intensywnie i rozglądając się na wszystkie strony. Pomiędzy okazałymi witrynami sklepów uchyliły się niepozorne drzwi z napisem „tylko dla personelu”. Zobaczywszy sprzątaczkę, szarpiącą się z ogromnym wózkiem pełnym wiaderek i mopów sterczących na wszystkie strony, Anna wpadła na pomysł.

– Przytrzymam pani drzwi.

– Dziękuję, te wózki są takie nieporęczne. – Kobieta z westchnięciem poczłapała, pchając swój kram, a Anna wsunęła się do pomieszczenia, zanim drzwi zdążyły się zatrzasnąć. Intuicja jej nie myliła. Na końcu długiego, pustego korytarza znajdowało się wyjście ewakuacyjne. Podbiegła do niego i pchnęła drzwi z całej siły. Nie zważając na ogłuszający ryk alarmu, uruchomionego przez zerwaną blokadę, wybiegła na dwór. Stała naprzeciwko Spichlerza. Udało się! Szerszy rzut oka w jednej chwili zmienił uczucie chwilowego triumfu w przerażenie.

– Nie wierzę! Jakim cudem tego nie zauważyłam?! – Zza rzeki spoglądały na nią pustymi oknami ruiny miasta. Nigdzie nie było tłumów, które widziała, jadąc chwilę temu do galerii. Z murku pod białym, szachulcowym budynkiem podniosła się samotna postać i ruszyła w jej stronę.

***

– Witaj, Anno!

– Miło cię widzieć, Adamie! Jak tym razem podobają ci się zmiany?

– Nie jestem zachwycony. Może jednak Rada miała rację, chcąc nieco ograniczyć im wolność?

– Trochę wiary w ludzi, Adamie! Dajmy im jeszcze jedną szansę. Ciągle popełniają kardynalne błędy, ale robią też postępy. Tym razem udało im się wywieźć w pole nawet mnie. A hiperiluzja wyszła im całkiem udanie.

– Fakt, poprzednio gruzowisko zdążyło nawet zarosnąć chaszczami – uzupełnił Adam. – Ale zmiany jeszcze nie kwalifikują się do zatwierdzenia. Kolejny etap będą mogli rozpocząć, dopiero gdy dojdą do odpowiednio wysokiego poziomu rozwoju.

– Zdecydowanie się z tobą zgadzam, Mistrzu.

– W takim razie, Obserwatorze, przewijamy.

Podeszli do postumentu, na którym opierało się koło. Jednocześnie przyłożyli prawe dłonie do mosiężnej tabliczki z napisem „Wielkogabarytowy silnik parowy z kołem zamachowym”. Pod wpływem ich dotyku tabliczka zafalowała i zwinęła się w rulon. Postument rozsunął się na dwie części, odsłaniając panel sterowania o wyglądzie radiomagnetofonu „Kasprzak”. Adam nacisnął przycisk z symbolem dwóch trójkątów skierowanych w lewą stronę. Olbrzymie koło zaczęło się obracać. Podczas gdy nabierało prędkości, światło dnia traciło barwę, a otoczenie stawało się coraz bardziej rozmyte. Ostrość zachowały jedynie Spichlerz i Dominanta.

– Widzimy się jak zawsze. Tutaj, dziś, za 20 lat.

– Mam nadzieję, że tym razem wreszcie staną na wysokości zadania. Do zobaczenia, Adamie.

– Do zobaczenia, Anno. – Zanim zapadła całkowita ciemność, Adam założył słuchawki i wcisnął przycisk start na swoim walkmanie.

***

Wstawał piękny wrześniowy dzień. Na katedralnej wieży nieco zaśniedziała chorągiewka zaskrzypiała, cichutko muśnięta delikatnym tchnieniem porannej bryzy znad Warty. U stóp kościoła budziło się ze snu tętniące życiem miasto. Robert maszerował w stronę Mostu Staromiejskiego. Na niesionej pod pachą książce widniał tytuł „Landsberg an der Warthe, Gorzów Wielkopolski. Dwa miasta, jedna historia”. Za chwilę miał zaprezentować publikację na spotkaniu w czekającej na remont willi Pauckscha. Z nadzieją myślał o przyszłości. Wolność niosła ze sobą tyle możliwości…

Dodaj komentarz