(LandsbergOn 2(4)/2019)
(English version)

Unosisz się w bezmiarze. Prawdopodobnie, bo po prostu nie masz żadnego punktu odniesienia. Nie widzisz. Wiesz, że jesteś. Nie pamiętasz kim, ale z całą pewnością jesteś. Zaczynasz czuć. Nie odczuwasz czegoś, zaczynasz czuć. Zauważasz, że do tej pory to uczucie było nieobecne. Coraz bardziej zdajesz sobie sprawę z własnego kształtu. Powoli zaczynasz dostrzegać niewyraźne, rozmyte kontury. Patrzysz na rękę – twoją rękę. Poruszasz palcami, jakby doceniając obecność każdego z nich. Przykładasz dłoń do twarzy. Czujesz swoje rysy. Są gładkie i przyjemne w dotyku. Trzesz oczy, jakby miało to pomóc rozwiać niejasną mgłę dookoła. To mgła czy to twój wzrok wciąż zawodzi? Oprócz siebie nie dostrzegasz niczego innego. Przesuwasz dłoń niżej. Zaczynasz sobie zdawać sprawę z coraz większej ilości faktów. Ze swojego wzrostu i wagi. Ze swojej płci. Z procesów zachodzących w twoim ciele. Z tego, że nie masz czym oddychać. Budzisz się.

Dziewczyna o ciemnorudych włosach otworzyła oczy, łapiąc nerwowo oddech jak nigdy wcześniej. Ten sen – pomyślała. Co to, do cholery, było? Przez pierwsze kilka minut próbowała pozbierać myśli, ale wreszcie wstała z łóżka. Była w swoim pokoju, to pewne. Szafa, z której wyciągnęła ciemną koszulę z dopinanymi rękawami i spodnie, szuflady, biblioteczka, kolekcja płyt, plakat Slayera na ścianie. Wszystko na swoim miejscu. Położyła ubrania na łóżku i skoczyła po jakąś kanapkę. Obok lodówki wisiał kalendarz na rok 2017. To był tylko sen. To był tylko sen – powtarzała sobie, starając się zagłuszyć wciąż świeże wspomnienia nocy kolejnymi gryzami pieczywa. Echo snu nie traciło jednak ostrości, wciąż nie minęło zbyt wiele czasu. I tylko przyjemnie łechcąca podniebienie kajzerka przypominała o przekroczeniu granicy i znalezieniu się w świecie materialnym. Wreszcie dziewczyna skierowała się do łazienki, by przygotować się na nadchodzący dzień. To było uczucie jakbym… Powstawała – starała się wyjaśnić sobie w myślach. Ale to bez sensu. Jednak to wrażenie, jakby każda część mojego ciała dopiero co wyrastała, to jak flashback z życia płodowego, ale z zachowaniem pełnej świadomości… Nigdy nie miałam tak zrytego snu. Jak dotrę do szkoły, opowiem o tym Grzance i zapytam, co o tym sądzi.

Ubrała czarny t-shirt metalowego zespołu i doczepiane rękawy. Do wyjścia wciąż pozostawało kilkadziesiąt minut. Podążając za skojarzeniem uznała, że dobrym pomysłem będzie przypomnienie sobie wydarzeń z dzieciństwa, najlepiej na przykładzie starego albumu. Zajrzała do dużego pokoju, w którym jej mama oglądała już telewizję. Była tak wpatrzona w ekran, że reakcja na przyjście córki była ledwo zauważalna. Dopiero po chwili ją przywitała.

– Dzień dobry, Alicjo. Mam nadzieję, że dobrze ci się spało.

– Cześć, powiedzmy. Słuchaj, pamiętasz może, gdzie jest mój album ze zdjęciami z dzieciństwa?

– Wzięłaś go do siebie, na pewno. Szukałaś czegoś.

Alicja wróciła do pokoju i zaczęła szperać w biblioteczce. Były tam głównie książki fabularne, Orwell, Kafka, Dostojewski, Gaiman, Martin… Parę zeszytów, ten gorzowski zbiór opowiadań LandsbergOn… Album na zdjęcia wyróżniał się innym formatem. Miał kwiecisty wzór na okładce, typowo. Wyjęła go i otworzyła. Widok małej siebie, tak beztroskiej i niewinnej, był na swój sposób poruszający. Rzuciła tęskne, przepełnione nostalgią spojrzenie sobie zdmuchującej trzy urodzinowe świeczki, sobie bawiącej się Lego, sobie puszczającej bańki mydlane, sobie kopiącej piłkę. Poczuła dysonans między sobą teraz a sobą kiedyś. Jak bardzo może zmienić się człowiek… Miałam w sobie tyle energii i motywacji. I radości, chęci życia. Gdzie się to wszystko podziało? Jedno tylko pozostawało podobne. Izolowała się. Miała własne światy, ciekawsze od światów rówieśników. Skoro miałam dzieciństwo i mam wspomnienia, muszę być prawdziwa. Nie zostałam stworzona. Jestem człowiekiem z krwi i kości. Otworzyła szerzej oczy, nie dowierzając, że wciąż próbuje sobie udowodnić rzecz zupełnie oczywistą, w którą nie zwątpiła ani razu przez dziewiętnaście lat swojego życia.

Zostawiając za sobą drzwi z napisem „Kruszewscy”, Alicja spojrzała na miasto. Wcześniej nie zwracała dużej uwagi na fakt mieszkania w nim, było to oczywistością. Ale teraz, po tym dziwnym śnie, zastanawiała się, jak fakt bycia obywatelką – czy to Zygmuntonu, czy Polski – wpływa na jej realność. Czy numer PESEL, który miała nadany przy narodzinach; dowód osobisty, który odebrała z małym opóźnieniem w ubiegłym roku; paszport, który był potrzebny podczas podróży zagranicznych, kiedy jeszcze była mała, zanim Polska weszła do Unii… Czy te wszystkie rzeczy sprawiają, że jest prawdziwa? Ona, Alicja Kruszewska, PESEL 980219… coś tam dalej, z obywatelstwem polskim, urodzona w Zygmuntonie – czy jest dzięki temu prawdziwa? Czy numery i litery determinują czyjąś realność, stanowiąc dowód tego, że kiedykolwiek pojawił się na tym świecie?

Na dachu kiosku przysiadł gołąb, rozglądając się w ten swój specyficzny sposób. Alicja miała wrażenie, jakby to ją obserwował, ale to była oczywista paranoja.

– Poproszę Tymbarka i gumę do żucia – rzuciła do sprzedawczyni. Gumę schowała do kieszeni na później, a butelkę otworzyła. Wzięła kilka łyków i dopiero wtedy spojrzała na wnętrze kapsla. Zawsze jest na nich inny napis. Tym razem było tam nadrukowane: „SKĄD WIESZ, ŻE ISTNIEJESZ?”. To zdanie poraziło ją i byłaby się zachłysnęła. Wpatrywała się oniemiała w ten kapsel przez kilkanaście sekund. Skąd wiem… skąd wiem, że istnieję…? – powtórzyła w myślach. Wkrótce ruszyła dalej w stronę szkoły. Nie miała daleko, a droga była dość prosta.

Jak dobrze, że była Grzanka. To oczywiście pseudonim, naprawdę nazywała się Anna Miller i była najlepszą przyjaciółką Alicji. Od czasów zerówki, kiedy wylała na nią zupę, bo przypadkiem podniosła talerz razem z łyżką. To i tak jedna z normalniejszych rzeczy w jej wykonaniu. Teraz, w liceum, zawsze przed zajęciami czekała na Alę i z nieludzkim wręcz entuzjazmem opowiadała o… w zasadzie czymkolwiek. A Grzanka wzięła się stąd, że na wycieczce do zoo w podstawówce próbowała karmić grzankami goryle, co świetnie rymowało się z jej imieniem. Wiecznie zadowolone jasnowłose dziewczę wyznające dobro, prawdę i piękno.

Nie po to poszłam na biol-chem, żeby uczyć się filozofii – pomyślała, siedząc w ostatniej ławce z Grzanką i słuchając nauczyciela.

– Solipsyzm. Z łaciny solus ipse, „ja sam”. Pogląd filozoficzny głoszący, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający. Cała zaś rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń – to zdanie sprawiło, że nagle Alicja zaczęła słuchać uważniej. – Wszystkie obiekty, wszyscy ludzie, których doświadcza jednostka, są tylko częściami jej umysłu.

– Fazka, nie? – szepnęła do Ali entuzjastycznie Grzanka.

– Za twórcę uważa się sofistę Gorgiasza – kontynuował prowadzący – który w swoim manifeście antycznego nihilizmu „O naturze albo o niebycie” utrzymywał, że po pierwsze: nic nie istnieje. Po drugie: nawet jeśli coś by istniało, nikt nie mógłby o tym wiedzieć. Po trzecie: nawet jeśli ktoś by o tym wiedział, nie mógłby tego nikomu zakomunikować.            

– Serio się interesujesz filozofią? – Alicja spytała Grzankę, kiedy siedziały na przerwie.

– Staram się do wszystkiego podchodzić z entuzjazmem. Łatwiej wtedy wchodzi do głowy.

– A zastanawiałaś się kiedyś, po czym poznać, że się istnieje…?

– To się chyba czuje, no nie? Zmysłami.

No dobra, po pierwsze, test Bechdel zdany: kobiety mogą rozmawiać ze sobą o czymś innym niż o facetach. Po drugie – ma rację. Zmysły to to, czym mogę dowieść, że istnieję. Genialne w swej prostocie.

Kiedy Alicja siedziała tak zamyślona, podszedł do niej chłopak z klasy. Jak on miał… Zaraz sobie przypomnę. Łatwo było go przeoczyć, bo nie był jakiś szczególnie interesujący. Nosił okulary i miał długi nos.

– Hej, Grzanka. Wbijasz dzisiaj na melo? Weź Alę. Zamówimy pizzę.

Jakby w ogóle mnie tu nie było. Tym razem to ja zostałam olana – spostrzegła w myślach Alicja. Ale czy na pewno…? Nie, to bardziej zawstydzenie z jego strony, niepewność. Swobodniej mu rozmawiać z Grzanką.

– Hmm, no nie wiem – odparła Grzanka.

– No słuchaj, to jest całkiem niezły pomysł. Chętnie wpadniemy – odpowiedziała Alicja za Grzankę, obejmując ją ku jej zdziwieniu wynikającemu z tej niespodziewanej zamiany ról.

– No to jesteśmy ugadani, słuchaj –  odpowiedział, a Alicja wciąż starała się przypomnieć sobie jego imię. –  O siedemnastej u mnie, alko we własnym zakresie. Nara.

Impreza to dobra okazja do przetestowania, czy poprzez zmysłowe doznania można poczuć, że się istnieje. Jak tak nad tym myślę, to mam wrażenie, że to dość częsta praktyka… Aa, to był Marcin.

Kilka godzin później Ala wybrała się na tę domówkę. Skromna bo skromna, oprócz niej byli na niej tylko Grzanka, gospodarz Marcin i jego kumpel. Ten Paweł, który chodził do równoległej klasy, a nie korzystał z Facebooka, więc tak się zdarzyło, że nie poznali jego nazwiska, więc zawsze był „Tym Pawłem”. Zjedli pizzę i zaczęli grać w pokera na żetony, choć szybko gra przestała się kleić, kiedy wszyscy oprócz Ali zaczęli żartować. „Sprawdzam!” „Makao!”„Aktywowałeś moją kartę pułapkę!”

– Idę się odlać, bo nie mogę na to patrzeć – oznajmiła, kierując się w stronę drzwi, na co osoby, które wyłapały nawiązanie, krótko się zaśmiały. Zawiodła się nieco, bo nie mogła odczuć żadnej przyjemności z czynności, które lubiła, choć było tak na długo przed tym snem. Była zła na siebie, że nic nie czuje. Ale nie miała siły się na to komukolwiek skarżyć. Nie chciała też zostać uznana za słabą.

– Dobra, Ala widać nie bardzo w nastroju ani na karty, ani na żarty. Pogadajmy o czymś poważnym – zaproponował Marcin. – Co się ostatnio ważnego wydarzyło na świecie?

– Twórca „Krainy Grzybów” się ujawnił, łącznie z całą obsadą – doniósł Paweł, nawiązując do popularnej w poprzednich latach serii psychodelicznych filmów, które okazały się akademickim eksperymentem na temat internetowych memów i wirali. – To bardzo ważne.

– Ale, że tak bez beki?! – wykrzyknęła Grzanka. – A jeśli to tylko kolejny element gry z widzem i tak naprawdę twórcy są wykreowani przez kogoś innego i to będzie cały czas stawać się coraz bardziej meta?

A jeśli tak się okaże z moim życiem? – dokończyła w myślach Ala, wychodząc z pokoju.

Siedząc na toalecie i niespiesznie oddając się mikcji, podsumowała, co wie. Od rana dostaję niezbyt subtelne wskazówki co do mojego nieistnienia. Czy też raczej istnienia jedynie jako idea. Koncept. W jaki sposób jest to możliwe? Na filozofii nam mówiono… Solipsyzm… „Istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający”… Nie, to niemożliwe… „Cała rzeczywistość jest jedynie zbiorem jego subiektywnych wrażeń”, łącznie z obiektami i osobami, które są tylko częściami jej umysłu. Jeśli to nie ja jestem jednostkowym podmiotem poznającym… To oznacza, że… Jestem obserwowana przez całe moje życie non stop… Poczuła nagle niesamowite skrępowanie i spojrzała w górę. W niewytłumaczalnej paranoi zawsze się obawiała, że ktoś będzie widział jej najbardziej intymne momenty. Bała się bycia obserwowaną i nienawidziła, kiedy ludzie się gapili. Założyła spodnie i poszła umyć ręce, bardzo sztywno, czując jak gdyby faktycznie ktoś na nią patrzył. Poczuła jak serce zaczyna jej mocniej bić.

Wróciła do towarzystwa, ale z czasem coraz bardziej czuła, że nie może tu dłużej siedzieć. Piła drugie piwo. Słyszała, jak Paweł opowiada jakąś historyjkę i powiedziała coś, czego prędko żałowała, bo wskazywało na to, że opowieść była nudna – bo w zasadzie była, ale normalnie nie mówimy tego komuś, żeby mu się nie zrobiło przykro. Nie. Nawet jeśli nie istnieją i też są wytworami czyjejś wyobraźni, nie mogę się na nich wyżywać. Czy ta rzeczywistość jest prawdziwa, czy nie, przyjaźń między nami jest prawdziwa, wiem to. Ale nie chcę teraz się z nimi widzieć. Chcę do domu.

– Ech, przepraszam – wypaliła w końcu. – Po prostu chyba mam już dosyć. Pójdę do siebie. Późno.

– Odprowadzić cię? – zaproponował Marcin. Totalnie na mnie leci, jestem to w stanie wychwycić z subtelnych sygnałów wysyłanych przez ciało i głos. Zawiódłby się. No i nie interesuje mnie. W żaden sposób. Jest bardziej pijany ode mnie. Ryzyko, że spróbuje ze mną czegoś głupiego, jest zbyt duże.

  – Nie, dziękuję. Do zobaczenia.

Jeszcze nigdy wieczorny rytuał zmycia z siebie brudów dnia nie był tak przytłaczający. Wzięła płyn micelarny i olejek do demakijażu. Korzystając z nich, zastanawiała się nad konsekwencjami swoich wniosków. Pamiętam taki obraz: „Upadek ludzi” autorstwa XVI-wiecznego niemieckiego artysty Lucasa Cranacha. Przedstawia on Adama i Ewę, którzy zwiedzeni przez Szatana skosztowali owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła. Poznali rzeczy, które wcześniej były im obce. Jak poczucie winy. Wstyd. Grzech (swoją drogą, zgodnie z wizją Miltona w „Raju utraconym”, byt inteligentny, córka samego Szatana). Pierwsi ludzie spostrzegli, że są nadzy i zdali sobie sprawę, że Jahwe obserwuje ich przez cały czas. Zostali wygnani z Edenu i nie było dla nich drogi odwrotu, bo gdy raz się pozna prawdę, stan rzeczy nigdy nie wróci do wcześniejszego. To zresztą potwierdza druga zasada termodynamiki. Prawda zwiększa więc entropię. A ta nie może zmaleć w tym układzie. Dokładnie tak się teraz czuję. Zaczęła się powoli rozbierać. Było to wyjątkowo stresujące, jakby faktycznie ktoś był obok. Nawet mniejsza o złe uczynki. Chodzi mi o to, że to cholernie frustrujące dopuścić do siebie myśl, że mógłby istnieć ktoś, kto widzi każdą czynność, jaką wykonujesz. To nie fair dzielić swoją intymność z kimś, kogo nigdy nawet nie zobaczysz. Czuję się jak w jakimś, nie wiem, „Big Brotherze” albo nawet „Roku 1984”. Nie chcę sobie wyobrażać, że już zawsze będę się tak czuć. Najtrudniej było z bielizną. Najbardziej przytłaczająca jest jednak myśl, że tych osób obserwujących może być znacznie więcej. W końcu kiedy coś wymyślamy, nie musimy robić tego samodzielnie, prawda? Można wymyślić coś razem… Czy jednak wtedy taka idea będzie istniała wspólnie w umysłach tych osób czy raczej w każdej niezależnie od siebie nawzajem? Już naga,weszła do wanny i skuliła się. Nie, to nieprawda… Wmawiam to sobie, to wszystko mi się wydawało, na bank… Wmawiam to sobie. Nikt mnie nie widzi…

Śni ci się kosmos. W oddali widzisz majaczące sylwetki dwóch postaci. Jedną z nich jest ubrany na biało starzec. Druga to trudne do opisania słowami pokaźne monstrum o wijących się kształtach, z mackami zwisającymi z czegoś, co mogło być twarzą. Żadne z nich jednakże nie sprawia wrażenia wrogiego, choć bije od nich wszechogarniająca potęga. Powoli zaczynasz sobie zdawać sprawę, że to sen, ale ku swojemu zdziwieniu, nie budzisz się. Zachowujesz świadomość. Co równie dziwne, przez moment nie czujesz niepokoju ani przerażenia, ale to takie sztuczne wrażenie jak po lekach.

– To sen, prawda? Kim jesteście?

– Możesz określać mnie Magiem – odezwał się starzec spokojnym, niskim głosem. Swoją aparycją rzeczywiście przypominał stereotypowego czarodzieja. Może również stąd myśl, że uspokojenie przyszło z jego strony. Czy był człowiekiem? Trudno określić. Kontynuował:

– W poszukiwaniu wiedzy przemierzałem światy, których na obecnym poziomie rozumienia nie mogłabyś pojąć. Poznałem światło i ciemność w skali kosmicznej. Mój pradawny towarzysz zaś, obecnie spoczywając w głębi Jeziora Bestii, specjalizuje się w eksploracji przestrzeni sennej, gdzie jak słusznie zauważyłaś,  obecnie się znajdujemy. Nie są ważne nasze prawdziwe imiona. Zrozum, że jesteśmy tak samo realni, jak ty. Wiem, że trudno ci zaakceptować fakt, że twoje życie nie było prawdziwe. To musi boleć, przepraszam. Ale poradzenie sobie z prawdą może przynieść ci siłę i pewność, jakich nigdy nie miałaś.

– Z całym szacunkiem, ale nie wierzę w to. To jest sen, a jutro się obudzę i będę w prawdziwym świecie z prawdziwymi ludźmi.

– A jesteś w stanie powiedzieć, co jadłaś wczoraj na obiad? Albo co oglądałaś w telewizji? Przykro mi, ale nie wiesz tego. Bo nie były to szczegóły, które były istotne.

Zdajesz sobie sprawę, że staruszek ma rację. Nie masz pojęcia. Czujesz się dziwnie.

– Zawsze możesz uznać, że to był tylko sen i spróbować zapomnieć. Ale zaufaj mi i pozwól pokazać rzeczy, które wychodzą poza granice poznania i nie mam na myśli stolicy Wielkopolski.

Widzisz ulicę i tablicę z przekreślonym napisem Poznań. Staruszek ma poczucie humoru.

– Mówiłeś, że wyjście poza granice poznania miało być tylko metaforyczne.

 – Wybacz, ten żart nigdy się nie starzeje. Ale przygotuj się. Zobaczysz rzeczy w sposób, w jaki nie widział  ich nikt nigdy przed tobą. Wyjrzysz poza Czwartą Ścianę.

Podnosi rękę. W tym samym momencie oślepia cię niezwykle jasny blask. Po chwili powoli otwierasz oczy, ale kiedy to się dzieje, widzisz zupełnie inny świat, w innych… barwach… w innych wymiarach… Przed sobą jednak, przede wszystkim, widzisz rozmytą, przyciemnioną postać… Wygląda jak człowiek, choć sprawia wrażenie tytana z twojej perspektywy… Operuje na innych płaszczyznach… Siedzi nieruchomo, niepokojąco… Porusza prędko gałkami ocznymi… Z niepokojem zdajesz sobie sprawę, że CZYTA cię. Każdy skrawek twojego jestestwa jest CZYTANY przez kogoś, kogo z trudem pojmujesz swoimi ograniczonymi zmysłami. Krzyczysz z przerażenia. Ze wstydu. Z bólu. Bo czujesz, jak myśli tej osoby formują twój los.

Jak ktokolwiek miałby mi w to uwierzyć? – Alicja zastanawiała się po przebudzeniu. Kiedy poszła do szkoły, tradycyjnie zaczęła rozmawiać z Grzanką.

– Grzaneczko, powiedz ty mi… Wiesz, co to jest Czwarta Ściana?

– To symboliczna granica między widzami a aktorami w teatrze, choć mówi się też o tym w odniesieniu do wszelakich postaci fikcyjnych. Ale nazwa wzięła się z teatru. A czemu?

– A gdybym powiedziała ci, że… wyjrzałam poza nią?

 – Zaczęłaś chodzić do teatru? – odpowiedziała Grzanka z dozą niepewności, jakby ta forma rozrywki zupełnie nie pasowała do Alicji.

– Nie rozumiesz, mówię o Czwartej Ścianie… tego świata.

– Co? Nie łapię, wybacz. Nie mów tylko, że zaczęłaś brać narkotyki – przeraziła się Grzanka. – O, nie! To dlatego ostatnio masz takie odpały!

Nie wierzy mi… Nie może nawet zrozumieć… nie winię jej. Zresztą ciężko mi to wytłumaczyć. Nie mogę o tym nikomu mówić.

– Nie, to nie tak! – zaprzeczyła Alicja. – Uch, przepraszam za wczoraj. Potrzebuję chyba małej przerwy od ludzi. Dziwnie się czuję.

– Cóż, wiedz, że zawsze masz we mnie przyjaciółkę. Ale jak poczujesz się gorzej, to może powinnaś pójść do lekarza czy coś.

– Obawiam się, że tym razem żaden by mi nie uwierzył… Albo by uznał, że naprawdę mi odbija. Ale doceniam twoją pomoc. Dziękuję, że jesteś – wyznała i przytuliła Grzankę czule.

– Och – zdziwiła się. – Nieczęsto pozwalasz sobie na takie wyznania. Ja również cieszę się, że jesteś – odwzajemniła uścisk i ucałowała ją w czoło. – Dla ciebie zawsze jestem – zapewniła ją, po czym chcąc rozładować patos, zmieniła nieco ton na bardziej żartobliwy. –  Choć nie zawsze było z tobą łatwo. Jak na przykład wtedy, kiedy siedziałyśmy z siostrą i zapytałam cię o coś zabawnego i familijnego do oglądania, a ty wyjechałaś z Pasolinim i Spasojeviciem? Przez tydzień musiałam ją zapewniać, że to tylko fikcja, ale do dzisiaj ma traumę. Albo kiedy przestałaś odpowiadać na wiadomości, a potem się tłumaczyłaś, że musisz odpocząć od tego świata? Albo jak na wycieczce do Gorzowa po nocach słuchałaś na maksa w słuchawkach Burzum, kiedy inni próbowali zasnąć? O, albo jak w Londynie wychowawcy nie wiedzieli, gdzie cię szukać, a okazało się, że zawieruszyłaś się w sklepie z płytami?

Grzanka wymieniała i wymieniała, ale Alicja z czasem po prostu przytuliła się mocniej nie wiedząc, czy chce jej się bardziej śmiać, czy płakać. W końcu ją puściła, okazując jakiś cień uśmiechu. Jednak w duchu wciąż daleko jej było do szczęścia. To, za Orwellem, warunkowane jest faktem istnienia.

W nocy znów śnię. Po ostatnim szoku jestem w stanie podejść do sprawy spokojniej i utrzymać większą stabilność i ostrość snu. Rozmawiam ze starcem, który wyjaśnia mi, czym jestem.

– Jesteś bohaterką opowiadania. Twoje ciało składa się z przymiotników i epitetów, a twój charakter to suma liter składających się na twoje wypowiedzi.

– Ale jak to możliwe? Moje ciało składa się z komórek, mięśni, krwi i innych takich…

– Nie na obecnym poziomie postrzegania – powiedział i ku swojemu przerażeniu Alicja spostrzegła, że jej ręka zaczyna się rozpadać na drobne części… Choć nie poczuła bólu. – Twoje ciało to także zbiór kolorów ułożonych w piksele, których liczba jest zależna od perspektywy, z której cię widać. Gdy patrzysz spoza Czwartej Ściany, masz tylko dwa wymiary. Niewielu mieszkańców tego świata to wie. Tylko ci najpotężniejsi: samoświadomi i bogowie. Z tą wiedzą będziesz w stanie dowolnie kreować rzeczywistość. To wielka odpowiedzialność.

– Ale… Dlaczego ja…? – Alicja zawahała się, bo zupełnie nie widziała się w roli kogoś wybranego. Pewnie, czytała różne historie i utożsamiała się z bohaterami bądź bohaterkami, ale to były tylko fantazje. W zasadzie… To wciąż jest fantazja. Tylko nie jej. Ręka Alicji wróciła do normalności i w zasadzie nawet nie bolała.

– Miałaś do tego predyspozycje. Zaczynałaś nabierać samoświadomości już w momencie kreacji, co nie dzieje się zbyt często. To właściwie przypadek. Jesteś potrzebna, by twój świat mógł przetrwać. Grozi mu katastrofa o zbyt skomplikowanej naturze, by ją ci teraz wyjaśnić. Ale będziesz mogła jej zapobiec… Jeśli weźmiesz na barki tę odpowiedzialność i zdecydujesz się opanować swoją samoświadomość pod naszą opieką.

Pamiętam! Składałam się wówczas jedynie z dwóch kolorów i nie miałam indywidualnych cech! Dlatego nie pamiętam życia płodowego, a jedynie obce kształty, które zaczynały się na mnie składać. Nim Alicja zdążyła sformułować pytanie, o jaką katastrofę chodziło, starzec odparł, że nie zdąży wyjaśnić, bo nadchodzi faza REM snu.

To, co widzę, przybiera formę ruchomych obrazów. Ale kojarzy mi się ze znanymi mi malarskimi dziełami. Widziałam mnóstwo sztuki, więc mózg podsuwa mi różne jej przejawy. Pierwszy obraz: Nicolai Abraham Abildgaard, „Koszmar”, rok 1800. Leżę z Grzanką na łóżku. Siedzi na mnie jakieś stworzenie. Jest włochate i mniejsze od człowieka. Uciska mi płuca, nie mogę oddychać. Drugi obraz: Edward Munch, „Śmierć Marata”, rok 1907. Stoję odwrócona od łóżka. W nim leży Marcin. Ale coś z nim jest nie tak. Krwawi. Patrzę na ręce. Mam krew na rękach. To moja wina. Trzeci obraz: Francisco Goya, „Saturn pożerający własne dzieci”, rok 1823. Stary, pomarszczony bóg o ciemnej karnacji i siwych włosach chwyta moje ciało i zaczyna odgryzać kolejne kawałki. Myślę, że się budzę… Ale nie mogę się ruszyć. Paraliż senny. Odczuwam głębokie przerażenie. Czuję czyjąś obecność. Chcę krzyczeć, płakać, ale nie mogę. Leżę dalej bez ruchu ze świadomością, że mogę umierać, ale nikt mi nie przyjdzie pomóc, bo nie potrafię poinformować innych o swoim bólu, przekazać im, jak bardzo mnie boli, żeby mnie uratowali, wyciągnęli, podali rękę… Ale nikt nie przyjdzie. Cierpię więc. Aż robi się jasno. Wtedy cierpię dalej, ale nie mogę już leżeć.

Z trudem wstaję, ubieram się i wychodzę z domu. Nie idę jednak do szkoły. Z tym, czego dowiedziałam się podczas snu, mam zamiar wystawić na próbę realność tego świata. Skoro mogę kreować rzeczywistość, mogę też podważyć jej podstawy. Chodząc po mieście, zaczynam zauważać coraz więcej rzeczy, które nie pasują. Jadące samochody… Spieszący dokądś ludzie… To wszystko słowa. Uformowane w zdania i akapity, określające w całości moją sytuację. Scenerie, znalezione gdzieś na Google Grafice i odwzorowane. Zdając sobie z tego sprawę, będę mogła świadomie wyjść poza ramy nieistniejącego miasta i poszukać źródła zagrożenia. Nie jestem pewna, czego szukam, ale spróbuję nagiąć rzeczywistość tak, by to odnaleźć. Niech to, co jest przyczyną zbliżającej się katastrofy, pojawi się w kolejnym akapicie.

Widzę… siebie… Wygląda tak samo, ma to samo ubranie… Co? Nie rozumiem.

– Jeszcze się nie domyśliłaś?

– Nie, to jakaś pomyłka, dlaczego widzę siebie?!

– Chciałaś wiedzieć, kto doprowadzi do zniszczenia tego świata. Ty tego chciałaś.

Widzę gdzieś w oddali, że przyjaciele się o mnie martwią, bo nie dawałam znaku życia i nie pojawiłam się w szkole.

– Nie chcę, żeby moim przyjaciołom się coś stało.

– Nie myśl teraz o tym. Chciałaś poznać prawdę o sobie. Oto prawda: były czasy, gdy nie było wokół ciebie niczego. Nie miałaś koloru. Płci. Z tamtego okresu został ci tylko nos i kształt twarzy. Byłaś tylko czarnymi kreskami ułożonymi w ludzki kształt, który miał zostać naszkicowany. Byłaś tylko konceptem POSTACI, niczym więcej. Pamiętasz głosy, które słyszałaś? „Wydaje mi się, że możesz zacząć albo od ustalenia wyglądu albo charakteru”. „Wyszedłem z założenia, że powinna być względnie realistyczna i nie może mi się z nikim kojarzyć. Tak przez wygląd, jak i przez imię”. Nie miałaś pojęcia, o czym mówią głosy i do kogo należą. Aż w końcu usłyszałaś „Alicja”. Pierwsze imię, które usłyszałaś, było tym właściwym. Wkrótce otrzymałaś nazwisko. Je wymyślił jeszcze ktoś inny. Twoich przyjaciół dopiero miał czekać proces kreacji. Wybacz bezpośredniość. Ale teraz znasz już całą prawdę. Możesz żyć dalej w tym świecie, ale świadomość i ból istnienia nigdy nie znikną. Czy jesteś w stanie poświęcić swój spokój ducha dla dobra innych?

Widzę wspomnienie innych konceptów POSTACI, kształty bez cech pozwalających na rozróżnienie i bez charakteru. Kontury, rozmyte zarysy nie pozwalające choćby na określenie płci. Niektóre z nich stały się później dla mnie ważne.

– Ciężko mi w to wszystko uwierzyć – odpowiadam zmieszana i zszokowana, ale nie mniej niż to, szokuje mnie jałowość odczuwanych przeze mnie emocji. – Ale po tym, czego doświadczyłam, wydaje mi się, że to faktycznie prawda. Myślę, że wiedząc to wszystko, nie będę w stanie kontynuować tak męczącej egzystencji. Co się stanie z moimi przyjaciółmi, jeśli postanowię to zakończyć? – spytałam, podchodząc do zamrożonych w czasie przyjaciół. Grzanki, Marcina i Pawła. Dotknęłam Grzanki. Nie odczułam niczego, może poza potężnym, mentalnym ukłuciem żalu.

– Nic nie poczują – zapewnia mnie.

Widzę, jak rzeczywistość zaczyna się rozpadać. Kolejne fragmenty odpadają. Przytulam Grzankę i czuję, że mam mokre oczy. Wkrótce i ona wymyka się z moich rąk, a dookoła zapada mrok. Moje odbicie stoi tyłem do mnie i mówi:

– Już czas to zakończyć, Alicjo.

– Tak – zgadzam się. I idę za nią w ciemność.

Ciąg dalszy nastąpi.

Było to pierwsze opowiadanie z serii Przypadek Alicji K.

Dodaj komentarz